czwartek, 6 stycznia 2011

Prefall 2011

Tym razem wywiało mnie z bloga na miesiąc! Niewybaczalne? Nie wiem. Koniec roku był dla mnie okresem pewnego przełomu: pierwszy raz od wieków mieszkanie zostało posprzątane w ścisłym sensie tego słowa. Wielke świąteczne odgracanie zajęło prawie tydzień: wszystkie kurze zostały pieczołowicie powycierane, hałdy przedmiotów różnorakich rozczłonkowane i uporządkowane, skupiska nieznanego sortu bałaganu wyniesione do "kosza PCK", znanego obecnie jako kosz Wtórpolu. Wyrzuciłam naprawdę mnóstwo ubrań, które zalegały w szafie od lat, brutalna banicja spotkała naderwane buty, znoszone dżinsy i na-zawsze-za-małe bluzki. Cała masa znalazła się w torbach z napisem "SWAP", poluję więc na jakąś porządną imprezę wymiankową. W ferworze walki nawet kot doznał dotkliwych ataków astmy (od unoszącego się kurzu), a ja sama musiałam skonfrontować się z faktami: jestem uzależniona od magazynów. Większość dostępnych półek była zagracona właśnie kupowanymi przeze mnie namiętnie od lat hochglancami: ciężko wyrzucić coś, za co zapłaciło się 7-10 złotych, trzeba to składować, wszak "może się przydać". Jeśli myślicie, że udało mi się przemóc i wyrzucić do kosza ostatnie 8 roczników "Twojego Stylu", "Przekroju" i "Elle", dziesiątki Vogue'ów, K-magów i Exklusiv-ów, to naprawdę mnie przeceniacie. Setki magazynów kolorowych zaległy w piwnicy na łonie wyrzuconego tam (to akurat bez sentymentu, w wręcz przeciwnie) flagowego produktu Ikei, regału Billy. Ponieważ porządkiem zawiadowała osoba postronna w stosunku do tej gazetowej manii, co rusz musiałam w mieszkaniu zgłaszać hasło "Strefa wolna od magazynów!", a obok piętrzyła się wielka kolumna "ekskluzywnych" garbów. Nie muszę pisać, jak cała sprawa była zabawna, choć przenoszenie tego wszystkiego prowadziło do niebagatelnego zmęczenia. Musiałam przyrzec, że ograniczę ilość kupowanych magazynów. Przeżywam teraz straszne katusze: wchodzę do ulubionego Trafficu tylko po to, żeby nawąchać się nowej farby drukarskiej, muskam ukochane rogi magazynów i wychodzę z pustymi rękoma. I choć argumentacja o sile nabywczej środków wydawanych miesięcznie na ten kolorowy nałóg przemówiła mi trochę do rozsądku (za kilkaset złotych rocznie wydane na magazyny mogę mieć np. nowy obiektyw fotograficzny), to wiem, że wkrótce znowu się zacznie i będę wpadać do mieszkania, obładowana lśniącym balastem. I tu pojawia się drugi dylemat przełomu 2010/11. Aby ograniczyć magazyny, postanowiłam kupić wreszcie miniaturowy notebook, z którym mogę udać się do ulubionej księgarni, by tam bezkarnie oddawać się gazetowym rozkoszom i notować najistotniejsze ciekawostki. Od kilku dni chodzę po wszystkich sklepach z elektroniką i przeżywam niemałą frustrację: na rynku są setki modeli netbooków, żaden mi nie odpowiada. Moim sztandarowym wymaganiem jest matowa matryca, tylko na takiej umiem pracować przy komputerze. Inna sprawa to projekt: poza wymarzonym Samsungiem N310 (całkowicie wyprzedany) nic właściwie nie jest warte uwagi. Jeśli już znajdę jakiś w miarę ładny model, to okropna błyszcząca matryca całkowicie go dyskwalifikuje. Zresztą, te uwagi dotyczą ogólnie wszystkiego w sklepach: zahaczyłam już nawet o wyprzedaże - nie znalazłam nic ciekawego, wszystko jest mdłe i nijakie, a okropne złoża ubrań wystawione z niższymi kwotami na metkach wprawiają mnie w zniesmaczenie. Przecież dwa tygodnie temu wyrzuciłam roczny płaszczyk z Zary, który po kilku założeniach zamienił się w szmatę, a inne wyprzedażowe łupy z ubiegłych sezonów założyłam może dwa, góra trzy razy. Mam tyle par butów, że spokojnie mogłyby z tego zbioru korzystać cztery inne osoby. Większość trzymam pod kluczem, żeby się nie poniszczyły. Jeszcze raz dochodzę do znanego skądinąd wniosku: pora skończyć z kupowaniem byle czego, tylko po to, by zaspokoić swoje rządze i dać upust manii wydawania małych sum. Pefekcyjna szafa mogłaby się składać z kilkunastu rzeczy - ważne, żeby w nich chodzić. Ubrania są po to, żeby je nosić. Oto więc moje noworoczne postanowienie: będę nosić własne ubrania! ;-)

Długo byłam odcięta od internetu - doszło nawet do tego, że kolekcje Prefall zaczęły mi się śnić w formie krótkich felietonów w Panoramie. Zabawne, że ludzki umysł podczas snu potrafi wytwarzać jakichś nieznanych-znanych projektantów i nadchodzące na pokaz gwiazdy rodem z The Sartorialist. O ile pamiętam śnił mi się pokaz jakiegoś Jasona lub Jonathana, przełomowy niczym kreacje Arkadiusa sprzed lat. Swoją drogą, jak bez niego jest smutno w polskim światku mody, aż się łezka w oku kręci. Tymczasem prawdziwe pokazy Prefall czekają na omówienie! Phillip Lim kolejny raz mnie zachwycił. Ów niespełna czeterdziestoletni projektant jest z pewnością jednym z głównych graczy na amerykańskiej scenie modowej: stylami żongluje często w dość zaskakujący sposób (wystarczy porównać dwie kolejne kolekcje Prefall - ubiegłoroczną, inspirowaną Bianką Jagger i obecną), ale zawsze w tym, co robi, jest jakiś podstawowy sznyt niezależnej mody. Taka jest również kolekcja Prefall 2011: projektant pokazał tu swoją wersję mody biurowo-miejskiej. We wspaniałej palecie w czerni, granacie, bieli oraz modnych kolorach ziemi Lim stworzył dość oszczędne, niezwykle praktyczne ubrania do codziennego noszenia. Od bazujących na klasycznej koszuli tunik, poprzez minimalistyczne sukienki, garsonki i płaszcze po spodnie o prostych nogawkach i świetne dzianiny oraz ważne w tej kolekcji dodatki z króliczego futra: pomysły Lima zaprezentowane zostały w spójnych zestawach, tworzących całość szafy potencjalnej "nosicielki". Pikanterii tej biurowej modzie dodają elementy skórzane oraz zastosowanie modnych już od kilku sezonów niezobowiązujących, trykotowych bluz i spodni. Na koniec triumf koloru, który zapowiada się na hit przyszłego sezonu: pomarańczowy to dobra inwestycja na obecnych wyprzedażach. Ta kolekcja Lima wydaje mi się pod każdym względem doskonała, jestem pewna, że główna linia Jesień 2011 będzie równie udana: przekonamy się już w lutym.


Bardzo spodobała mi się również świetnie zaprezentowana kolekcja Diane von Furstenberg. Z bardzo mocnej inspiracji latami 70tymi powstała kolekcja odznaczająca się szlachetną prostotą. Obok typowych dla projektantki wzorzystych sukienek portfelowych główną rolę grają proste komplety w przepięknie skomponowanych barwach: musztardowe żółcie, ciepłe brązy i bordo, delikatne odcienie morskiej zieleni i błękitów, rudości i delikatny turkus. Naprawdę ta kolekcja jest ucztą dla oczu. Szczególnie podobają mi się szmaragdowe zielenie połączone z kolorem musztardowym. Oraz oczywiście dyskretna kobiecość wykreowana przez Furstenberg: owa klasyczna, kobieca sylwetka z zaznaczoną talią, którą ubrania mają eksponować, a nie deformować. Obserwuję ostatnio nastolatki i przeraża mnie to, co się dzieje z figurami dziewczyn: workowate bluzy czy swetry i spodnie biodrówki to jakiś koszmar polskich ulic - nie wiem, jak wy, ale ja bym chętnie całe to towarzystwo widziała w sztywnych gorsetach! Dla odreagowania rzeczywistości przenosimy się do pięknego świata DvF.


Błękity, brązy i szmaragdy pojawiają się również w inspirowanej retro kolekcji Fendi. Mamy tu tylko 16 stylizacji, ale część dzienna zdecydowanie przypomina pomysły Furstenberg, zaś w odsłonie wieczorowej znajdujemy się gdzieś na przełomie lat 70tych i 80tych. Ponoć inpiracja przyszła z filmu Dolce Vita Felliniego - mamy tu przekrój mody ktoktajlowo-balowej: od bufiastej sukienki w drobny deseń poprzez wieczorowe garnitury aż po długie asymetryczne suknie. Jednak to pierwsza, dzienna część kolekcji może sygnalizować kolejny krok Lagerfelda: wszystko wskazuje na to, że lata 70te powróciły na dobre.


Ultraseksowną kolekcję pokazał Zac Posen. Kolejny raz wracają tu lata 70te, ale w bardziej psychodelicznej wersji (mnie ten styl kojarzy się z Givenchy). Posen stawia przede wszystkim na dopasowane sukienki z eksponującymi dekolt gorsetami: zarówno w wersji mini, jak i syreniej maxi. Poza tym - mocno wcięte w pasie wełniane marynarki z ołókowymi spódnicami, futra i szerokie spodnie. A pośród tego wszystkiego kontrowersyjna modelka o "kobiecych" kształtach, Crystal Renn. Trzeba przyznać, że jest to najbardziej odjechana prezentacja kolekcji Prefall do tej pory!


A na koniec tego odcinka Chanel! Tym razem Lagerfeld wybrał się na wycieczkę do Bizancjum, zafascynowany postacią cesarzowej Teodory, żony Justyniana I, pochodzącej z cyrkowej rodziny. Głównym kolorem kolekcji jest więc złoto (oprócz ukochanej przez projektanta czerni), a bogactwo ornamentów przyprawia o zawrót głowy. Najpiękniejsze są tu zdecydowanie suknie z morskiej satyny, zdobione mozaikowymi panelami w złocie i srebrze, przywodzące na myśl sztukę Art Deco. Lagerfeld wykorzystuje również motywy perskich kobierców, bogatę orientalną biżuterię. Projektant ironicznie wplata między te historyczne ispiracje płaszcz o graficznych wzorach czy spodnie niebezpiecznie przypominające dżinsy. Gdyby pokazy mody były mistrzostwami w przepychu, Lagerfeld z pewnością stanąłby na najwyżyszym podium. Myślę, że ta kolekcja spokojnie mogłaby nosić miano Haute Couture.

7 komentarzy:

Pani La Mome pisze...

Tobie nawet należy wybaczać, ważne że powracasz:)
Uwielbiam czasopisma, gazety, ale po ostatnim wyrzuceniu pieniędzy na Glamour (kurcze, nic do czytania!), stwierdziłam że poprzestanę na jednej w ciągu miesiąca.
Na wyprzedażach też powstrzymałam się od kupienia paru rzeczy za 19.99, a zainwestowałam w jedną, odjazdową bluzę, w której zamierzam chodzić TERAZ.
Lim i Fendi -cudowności!

Łyska pisze...

Chanel ach Chanel...

peek-a-boo pisze...

po takim heroicznym wyczynie nalezy Ci wszystko wybaczyc;). Tudziez pozazdroscic porzadkow.Chanel jak z cyrku albo ruskiej bajki, natomiast Fendi o tak, poprosze juz jutro do biura taki komplecik :)

mon pisze...

gratulacje!
ja nie mogę się zebrać do gruntowych porządków, szczególnie w mojej szafie.

świetne postanowienie noworoczne! zainspirowałaś mnie, gdyż cierpię na to samo. czyli ubrania i buty powoli się nie mieszczą tam, gdzie powinny. chyba wspomnę o tym w najnowszym poście :)

prezentacje robią wrażenie. szczególnie turkusy, musztardy oraz połączenie brązów i beżów z niebieskim :)

pozdrawiam!

Jag pisze...

Kolory u Furstenberg są przecudowne! Lim i Posen bardzo na tak, natomiast Chanel, no cóż, wielkim się wybacza, ale ta kolekcja jest raczej bardzo średnia.

Anonimowy pisze...

Ha! Nie jestem więc odosobniona w takim dbaniu o swoje ulubione ubrania, że ich w ogóle nie noszę! Oglądam tylko czasami, przez pokrowiec :) Nikomu nie pozwalam dotykać, a sama przed bliższym kontaktem szoruję dokładnie ręce. Wydzieliłam sobie natomiast specjalną kategorię odzieży, którą nazywam "roboczą". Tej mi z różnych względów wcale nie szkoda, nie przedstawia ona dla mnie wysokiej wartości estetycznej - nie to, żeby zupełnie mi się nie podobała, ale nie darzę jej szczególną czcią i sentymentem. Mam więc szafę roboczą - codzienną i specjały kolekcjonerskie :) Postanawiam więc z Nowym Rokiem tak, jak Ty: będę nosić własne ubrania, hej! Nie chować do szafy i w samotności wzdychać do nich, podziwiać, ale zrobię defiladę: niech ulica patrzy! :)

Anonimowy pisze...

witaj,

jeśli chodzi o netbooki z matową matrycą polecam serie sea shell asusa. Ja mam model 1015p, ma matową matrycę i obudowę, używam go od września 2010 i nie mam żadnych zastrzeżeń.