piątek, 22 stycznia 2010

Prefall dobry na mrozy

Taki żarcik - nic nie jest dobre na mrozy... Ale cóż zrobić? Zimno, i to jak... dziś mi twarz zamarzła. Tyle w tym dobrego, że zmarszczki zniknęły ;-D No więc zaraz przejrzymy, co tam w Nowym Jorku. Muszę się jednakowoż podzielić refleksją, która mnie ostatnio dopadła. Mniej więcej rok temu zdałam sobie sprawę z faktu, że nie można wymagać od ludzi zbyt wiele. Każdy jest, jaki jest, a raczej zmienianie go nie ma sensu. Lepiej zadumać się nad światem i ruszyć w dalsze poszukiwania. Wmawianie sobie po arystotelesowsku, że istnieje jedna prawda i jedna szczęśliwość to najbardziej durna rzecz, jaką można w życiu robić. Są różne sposoby życia. Czasami pojęcie takich banałów jest kuriozalnie trudne. Teraz z kolei dochodzę do wniosku, że nie ma co walczyć z modowymi wiatrakami. Są różne gusta, są przeróżne gusta - jak śpiewają panowie z hiphopowej kapeli. Jednym w smak metkowana drożyzna, innym inna metkowana drożyzna, a innym łachmanki. Alleluja i do przodu.

Wow - muszę przyznać, że robi na mnie wrażenie prefall Valentino. Oto się chyba młodzi spadkobiercy mesje V. wyrabiają, nie ma co mówić! Grają ostrymi ciosami, ale cóż - widać taki ich urok. Pośród wyrazistych kolorystycznie i ultrakrótkich sukienek są też przebłyski koronki, cekinowe numerki na gale, a także dużo klasycznej czerni. Muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem tej kolekcji - połączenie czerwieni i beżu wydaje mi się tak zniewalające... Ale chyba to coś dla ludzi z ogromną dozą pewności siebie. Najfajniejsze jest to, że Valentino chyba przeżywa renesans - oby poszło im tak dobrze jak choćby Ferre. No i te buty - warto zaopatrzyć się na wyprzaż w te pornobotki, one przetrwają... A te czerwone to mi dziwnie moje szare przypominają... splendid.


Kolekcja Prada mocno militarna. I nie chodzi już o kroje - tym razem to wojskowe maskujące moro pokochała nasza Miuccia. Jakoś nie mieści się w mojej przestrzeni mentalnej idea powrotu tych wzorów, ale ok - jestem w stanie pojąć, że Prada mogła na coś takiego wpaść. Poza tym - dużo klasyków w stylu lat 70tych. Płaszcze grzybki, kostiumiki w wyraziste desenie, sportowe kurtki. OK - ja tego nie kupuję.

Matthew Williamson postawił na ugrzecznione boho. W jego kolekcji znalazł się między innym piękny żakardowy płaszcz i chyba dlatego w ogóle o niej wspominam. Jeśli traktować tego popularnego wśród gawiedzi projektanta jako prognostyk, to trzeba kupować cekiny, kwiatki, futerkowe kołnierze, skórzane spodnie. No i asymetryczne kiece! A jeśli już musimy mieć dwa rękawy, to koniecznie reglany. Fair enough. Ja tam nie lubię tego Williamsona, bo on wszystko daje na tacy - w ogóle nie pozwala myśleć.

Kolekcja Giambattista Valli to dla mnie kolejne miłe zaskoczenie. Dużo klimatów wieczorowej nowoczesnej elegancji, futra, koktajlowe płaszcze. Przede wszystkim ciekawy jest dobór i połączenie tkanin oraz faktur: mieszanka szyfonu w ciemnobrązową panterkę oraz szanelowskiego tweedu jest według mnie totalnie inspirująca. Już się zakochałam! Tylko jak to zrobić, żeby nie wyszło na bogato? Przede wszystkim nie szaleć z obuwiem. Muszę wreszcie kupić klasyczne czarne platformy. No i spodnie z wysokim stanem - to taki musthave, co go w żadnym sklepie nie ma, nawet w Chłamie.

I wreszcie weźmy sobie tu Armaniego na doczepkę. U Giorgia jak wiadomo niewiele się zmienia, więc mamy tu paradę klasyków. Kostiumy z usztywnionymi ramionami, szalone futra, pasowane płaszcze. Well, to się rzadko na moim blogu pojawia, niech więc ma swoje 5 minut ;-D

3 komentarze:

Lady Aga pisze...

Kasiu, dzięki za przwodnik po Targowej:) Jak tylko się ociepli na pewno się przejdę. W jednym z polecanych przez Ciebie grochowskich second handów kupiłam świetną spódnicę! Pozdrawiam

Pani La Mome pisze...

Jak zwykle miło się czyta, szczególnie w te soczyste mrozy, a właśnie ślinka mi cieknie jak patrzę na te truchawy ;)...beż i czerwień-podoba mi się.

łyska pisze...

Co tu dużo mówić. Od dawna valentino i rodarte to moje ulubione 'metki' na które mogę patrzeć bez końca.