sobota, 12 lutego 2011

New York FW 1

"I'm gonna take you, big town - come on, New York!", świetna piosenka zagrzewająca do boju w tych dniach. W Nowym Jorku dzieje się naprawdę bardzo dużo, świeżutkie zdjęcia z pokazów sypią się jak płatki śniegu z lutowych puchatych chmur. Na samym początku tygodnia mody odbyła się też kolejna edycja konferencji "Evolving Influence", chyba największego spotkania bloggerów z całego świata. Dzięki Livestream-om można było właściwie brać udział w tym wydarzeniu bez wychodzenia z domu... Co do samych pokazów: trudno jeszcze mówić o jakichś krystalizujących się trendach, ale na pewno w modzie będą koronki, soczyste kolory, metalizowane tkaniny i geometryczne desenie - w pewnym sensie to powtórka z wiosennych trendów (które przecież dopiero wchodzą do sklepów, ale baczni obserwatorzy pokazów mody chyba traktują je już jak jakieś lekko przebrzmiałe melodie... NB. wiosenne kolekcje zyskują chyba dopiero w konkretnych stylizacjach - zakochałam się w 14latce ubranej w nową kolekcję Miu Miu podczas Berlinale). Pokazów jest bardzo dużo, pora się im przyjrzeć.

Wypada zacząć od Jasona Wu, który kolejny raz zaskoczył dojrzałością i perfekcją swojej kolekcji. Na jesień Wu proponuje styl nieskazitelnie elegancki: dużą rolę odgrywa tu tradycyjne krawiectwo - płaszcze, marynarki i spodnie wyglądają jakby szyto je przy asyście suwmiarki, zachwycają kobiece bluzki z małymi kokardkami pod szyją, idealnie dopasowane spodnie. Na melanżowe tweedy i granatowe wełny Wu naszywa pasma koronek (mnie ten pomysł bardzo kojarzy się z kolekcją Stelli McCartney), koronkowe kwiaty i aplikacje z koralików ułożonych w roślinny motyw. Powtarza się graficzny deseń liści, właściwie będący odpowiednikiem kotków i piesków Prady sprzed kilku sezonów. Na wieczór suknie z marabuta i rozcięte na boku powłóczyste maxi. Smaczku dodają koronkowe woalki. Pierwsza część tej kolekcji jest wspaniała i już można założyć, że za kilka miesięcy stanie się istnym żerowiskiem sieciówek odzieżowych. Co zabawne, trykotowa bluza z obszytymi koronką rękawami sama wygląda jak kopia podobnych bluz z Topshopu czy HM ;-) Czyżby moda wtórnie cyrkulowała z dołu na górę? Trochę rozbawił mnie ten bluzowy incydent!


Kolejna kolekcja, która bardzo mi się podoba to dzieło panów Costello Tagliapietra. Najwidoczniej mam słabość do tych projektantów, właściwie co sezon o nich piszę! :0 Uwiodły mnie kolory: soczysty pomarańczowy, żółty, fiolet. W kolekcji dominują sukienki - kimonowe, dość luźne, drapowane, dzianinowe sukienki/kolumny: idealne do codziennego noszenia. Obok kolorów - szarości i brudna biel w naprawdę doskonałym wydaniu. No i cekiny: zadomowiły się już w warunkach dziennych i wszystko wskazuje na to, że przyszła jesień (i oczywiście wiosna) będzie naprawdę błyszcząca.

Kompletnie zawróciły mi w głowie dwie kolekcje prawie zupełnie szare: Doo.Ri i mój od jakiegoś czasu ulubieniec, Richard Chai. Kolekcja Doo.Ri niewątpliwie mieści się w nurcie mody niezależnej: nie są to fatałaszki na czerwone dywany, raczej stylizacje miejskie, bardzo przemyślane, może nawet momentami hermetyczne. Długość jest tu zawsze długością maxi, sylwetka kolumną, a jedynymi kolorami są szary (do którego projektanta podeszła z prawdziwą maestrią), czerń i granat. Kolekcja jest wybitnie minimalistyczna, a jednak bardzo bogata formalnie: są tu i drapowania w jedwabnym dżerseju, i kontrasty faktur, przeźroczystości, koronki, zabawy puchatymi dzianinami, zróżnicowane fasony. Przede wszystkim, jest tu prostota i pomysł, brak nachalnego lansowania trendów i całkiem pokorne podejście do mody. Kurcze, to jest świetne!

Richard Chai zaś po wspaniałej wiosennej kolekcji z transparentnymi szyfonami w roli głównej na zimę postanowił nas przede wszystkim ciepło ubrać. Co za miła odmiana w świecie modowych fanaberii, gdzie w zimowych kolekcjach często pojawiają się hotpantsy i krótkie rękawy. Richard Chai otula kimonowymi płaszczami z melanżowej wełny w stalowych odcieniach, dzianinowymi sukienkami maxi, plisowanymi spodniami o szerokich nogawkach. Na drugim biegunie tej kolekcji: szyfonowe sukienki i topy wyszywane cekinami, falbanki i kwiaty. Kolejna udana kolekcja tego projektanta.

Najbardziej szaloną kolekcję do tej pory przedstawili chyba projektanci Rag&Bone. Dominują tu graficzne wzory i sportowe fasony - nietrudno dopatrzyć się inspiracji odzieżą treningową w stylu kolekcji Balenciagi, uniformami baseballistów czy też praktyków innych absurdalnych sportów, o których nie mam bladego pojęcia. Z drugiej strony, uśmiech w stronę brytyjskiej tradycji: kolory Union Jack, kraty, kroje zapożyczone ze szkockich spódnic, wełniane peleryny. Wszystkie te elementy dają niezły miszmasz i całkiem nieoczekiwaną interpretację trendu łączenia pozornie niepasujących deseni. Ponad wszystko w tej kolekcji genialne są buty - mocne, patchworkowe, na fantastycznych obcasach/słupkach. Kolekcja odjechana, ale bardzo ciekawa.



A jeśli wróżyć z futrzanych kurtek na pokazie Alexandra Wanga (miał miejsce dosłownie minutkę temu ;-)), kolejna zima będzie znów mroźna i nieprzyjemna. Ale o tym już w kolejnym poście...

2 komentarze:

Milla pisze...

Chyba najbardziej przemówiła do mnie kolekcja Richarda Chai Love - nie słyszałam nawet wcześniej o tym projektancie, ale naprawdę podobają mi się jego projekty - szarości i beże to co kocham.

Zapraszam na mojego bloga, jak wiesz początki są zawsze trudne, ale mam nadzieję, że Ci się spodoba:
www.millesoffashion.blogspot.com

Charlie and Serena pisze...

Dużo się dzieje w NY <3

http://fashionstylepassion.blogspot.com/