niedziela, 20 czerwca 2010

Resort 6

Oglądam wieczór wyborczy i chyba czegoś nie rozumiem - na jedynce sondaż różni się znacznie od wszystkich innych sondaży, a propartyjni dziennikarze przekonują, że największym przegranym tych wyborów jest Komorowski... Czy tylko ja mam uczucie deja vu? Co prawda PRL pamiętam tylko przez bardzo mleczną mgłę, ale włosy z głowy rwę: jak obłudni mogą być dziennikarze kolaborujący z TVP? czy przyjmują tam do pracy tylko na podstawie zaświadczenia o praniu mózgu? co się stało z ową nobliwą panią, dla której kiedyś miałam taki wielki szacunek? To wszystko zdumiewające. Moim zdaniem, największym przegranym tych wyborów są polskie kobiety, które nie znalazły w sobie siły, a może - zademonstrowały dobitnie swoją niemotę. Czy naprawdę nie ma w tym kraju kobiety, która mogłaby kandydować na prezydenta? Nie wierzę. Jestem w bojowym nastroju, świeżo po II. Kongresie Kobiet. Jak wiadomo, kongresy nie są miejscem prawdziwej dyskusji, raczej wydarzeniem reprezentacyjnym, ale same sygnały dotyczące sytuacji kobiet w Polsce były raczej bolesne. Nigdy nie zrozumiem, jak to jest możliwe, że tylko z powodu płci można być dyskryminowanym na rynku pracy, mieć ciętą pensję, być lekceważonym czy dyskwalifikowanym. A tak właśnie się dzieje każdego dnia i to jest rzeczywistość kobiet. Tą rzeczywistością nie są nowe ciuchy z sieciówek, kremy takiej czy owakiej generacji, maseczki na cellulit i idiotyczne reklamy, które dają ludziom iluzją (jakże groteskową!) uczestniczenia w kulturze. Same się o to prosimy, co? Klepiąc w klawiaturę brednie na pudelkach i kozaczkach, same dajemy się spętać kaftanem bardzo specyficznego bezpieczeństwa - swoistym terrorem normalności, gdzie za słowem "normalność" ukrywa się zupełnie skostniałe status quo. Nikomu niepotrzebny obrazek jakiejś mnie z zaradnym panem X u boku i co najmniej jednym małym iksem, który je kupione w tesco paciaje i nosi zawodowe śpioszki w niebieskie lub różowe desenie. Ta jakaś ja pucuje frenetycznie okna, wbija się rurą odkurzacza między molekuły i bez końca zmywa talerze. Repertuar tych bezsensowych czynności, które nie wiedzieć czemu licować mają z kobiecością, kompletnie zagłusza w niej myślenie. W tym planie normalności nie ma jakiejś innej mnie, która nie chłonie reklam, popija ulubione wino i czyta Kanta na tarasie swojego mieszkania. Bo to jest takie nienormalne... takie inne. No cóż - jeśli sami sobie takiej swojej inności nie wypracujemy i jej nie wybronimy, to nikt nie zrobi tego za nas. A terroryści normalności? Oj, przez następne dwa tygodnie dadzą nam popalić! No właśnie, a na okrasę Kongresu, miałam okazję obejrzeć pokaz Joanny Klimas. Choć pokaz dotyczył kolekcji, której nie umiem nazwać :DDD (był to przecież tzw. pokaz mody), to chyba przez te kilka minut zakochałam się w prostocie. Zapragnęłam natychmiast mieć w szafie prostą kimonową sukienkę w kolorze złamanej bieli. Ale przecież my tu mamy o resortach, więc zabierajmy się do roboty! (Aha, od razu napiszę, że to nie jest blog o polityce, a komentarze na ten temat są bardziej potrzebne na interii czy w naszymdzienniku.pl)
Ależ śliczna kolekcja Sonia Rykiel Resort! Wygrywa retro nawiązujące do lat 70tych, a sukienkowo to nawet do lat 50tych. Eleganckie sukienki, podkreślające kobiece kształty, wyglądają jak rasowy vintage! Piękna kolorystyka z przewagą łagodnych brązów i beżów, podkreślona t-barami w kontrastowych barwach. Oj piękny mamy nowy vintage tego lata! ;D Z paryskich klimatów muszę wszystkim polecić świetny tekst w Twoim Stylu na temat Didiera Ludot, francuskiego marszanda (?!) i kolekcjonera odzieży vintage. Tekst jest opatrzony świetnymi fotografiami, w których rolę główną grają eksponaty (?!) kolekcji Ludot. Przy okazji polecam też malutki tekścik na blogu Agnieszki - ujęło mnie to wyznanie! A teraz już Sonia na lato!


W letniej kolekcji Valentino również nie obyło się bez spojrzenia w przeszłość - w przypadku tej marki jest to o tyle ważne, ze młodzi projektanci zaskoczyli nas już przecież swoim trybalno-futurystycznym awatarem... Oczywiście w duchu sezonu nawiązuje się tu do lat 60tych i 70tych. Na pierwszym planie są naprawdę genialne płaszcze z kaszmiru, błyszczących koronek i skóry - płaszcze mocne i wyraziste, w zdecydowanych barwach. Taki płaszcz to prawdziwy skarb. Jest też sporo czarnych koronek, troszkę ultramodnego beżu, jedwabie drukowane w kwiaty, a na koniec same kwiaty... naszywane na jedwabny szyfon. Piękne są te suknie i naprawdę very 70s! A żółta falbankowa sukienka już teraz stała się moim letnim marzeniem...


Jeśli jesteśmy spragnieni ciekawych deseni, to kolekcje Erdem są niezawodne pod tym względem. Łącząc wzory, wyglądające na rozmyty test Rorschacha i misterne koronki projektant uzyskuje całkiem nową jakość. Coś w rodzaju modowego trójwymiaru. We wszystkim pobrzmiewają jeszcze echa jakiegoś orientalnego folkloru. A to wszystko w kobaltach, czerni i delikatnych purpurach.

2 komentarze:

Pani La Mome pisze...

Szczena mi opadła jak przeczytałam ten tekst, a zaryła w panele jak zobaczyłam kolekcję Sonii Rykiel:)

blackberry pisze...

erdem naj :)

pozdrawiam www.wild-blackberry.blogspot.com