czwartek, 18 lutego 2010

Nowy Jork Jesień-Zima 2010/11 5

Oo - jakiś nieszczęśliwy traf mnie w tym roku gnębi z śledzeniem FashionWeeka - kolejna awaria netu! Chyba straciłam już kontrolę nad fochami komputera: raz działa z prędkością światła, raz zamiera i odmawia współpracy. Ale może teraz będzie już dobrze? Oby! Jak już pisałam w ostatnim poście świetne są live steamy z pokazów: akurat ten, o którym wspominałam, był pokazywany na stronie Marka Jacobsa. O innych tego typu relacjach można dowiedzieć się ze stron organizatorów tygodni mody - z tego, co wiem, w Londynie ma być sporo taki sytuacji. Tym bardziej to fajne, że w przypadku UK nie ma tej sześciogodzinnej różnicy czasu. Przyznam, że lubię oglądać pokazy w formie nagrań wideo - od jakiegoś czasu nacisk na teatralność, performance czy po prostu wielkie show z pompą stał się tak duży, że niejednokrotnie dość trudno zrozumieć intencję danego projektanta bez wiedzy o tym, jak dany pokaz został wyreżyserowany. Jeśli tekstem mody są projekty i stylizacje prezentowane na wybiegu, to warstwa paratekstualna rozrasta się tutaj do monstrualnych rozmiarów. Jest to problem, który napotykają wszyscy badacze próbujący zdać sprawę z relacji mody i sztuki. Moda to często sztuka, a ostatnio nawet krytyka sztuki. Ale jest to sztuka pławiąca się w sosie komercji, wielkich pieniędzy, reklamy, showbiznesu, masowej konsumpcji. Chyba dlatego jest to tak podniecające pole do eksploracji, pozwalające na zmasowany atak z najróżniejszych punktów widzenia. No cóż - rozkoszna zaraza! Doskonałe jest to, że wszyscy żyjemy w pułapce mody: jeśli ktoś wam próbuje wmówić, że jest ponad to, nie wierzcie mu nawet w jedno słowo. Jeśli chodzi o modę, to nie ma widoku znikąd... Wyobraźcie sobie, że ktoś podchodzi do was na ulicy i twierdzi, że nie podoba mu się wasz strój, wasze uczesanie, wasz makijaż. Znam takie sytuacje... - są to wyłącznie sytuacje związane z różnymi rodzajami przemocy. Jednym z precedensów rozbrojenia tego rodzaju przemocy była w historii mody Pamela Rooke, znana wszystkim jako Jordan, która w strojach bondage, zaprojektowanych przez swoją szefową Vivienne Westwood, dojeżdżała brytyjską koleją do pracy. Anturaż sadomasochistycznego zniewolenia został dzięki przewrotnej modowej ekspresji wywrócony na nice - stał się językiem wyzwolenia, narzędziem pokonania własnego, wcielonego w nas przez porządek społeczny burżuja, instancją oporu wobec drobnomieszczańskiego twardego gruntu, który staje się podporą ataku dla tych, którzy w języku znoszącym przemoc nie mają nic do powiedzenia. Strój jest narzędziem wyzwolenia. Uffff - musiałam to napisać ;-D Wiecie, że ja nienawidzę kraju, w którym mieszkam? Nie dlatego, że sam w sobie jest zły, ale dlatego, że na ludzkiej wyobraźni grają tu wyłącznie osoby, którzy tego wyzwolenia z małomiasteczkowej hipokryzji nigdy nie dokonają, ponieważ po prostu brak im do tego odpowiednio twardych genitaliów... Na bezpiecznych pozycjach zawsze pozostaną tu wyznaczniki nowobogackiego luksusu, ikonki szytych w Chinach marek noszone na piersi, ów nieomylny PSB (Polski Styl Bazarowy) oraz ciągłe nadskakiwanie jakiemuś mgławicowemu Zachodowi, który jest lepszy od naszego ciemnogrodu. Po prostu niedobrze mi się już robi, gdy o tym wszystkim myślę. Żyję ostatnio w wielkich przeciążeniach mentalnych i emocjonalnych: myślę, że po prostu wielu osobom (a zwłaszcza użytkownikom internetu) brak fundamentalnej wrażliwości. A teraz na Zachód! A teraz do Nowego Jorku!

Na początek zajmiemy się Markiem Jacobsem. Akurat ten stream, o którym pisałam, był świetny - kamer było sporo, pokazywały wszystko z różnych perspektyw. Fakt, że modelki wyszły ze swego rodzaju klatki, a maszerowały wzdłuż stołów z widzami był naprawdę ciekawym zagraniem dramaturgicznym. A wszystkiemu towarzyszyło bajeczne wykonanie "Somewhere over the rainbow". Zresztą, przecież jest to na youtube:

Nie wiem, czy słowo "zgrzebna" pasuje do tej kolekcji Jacobsa. Na pewno niesamowity był kontrast między dość podniosłym nastrojem dinner party, a całą tą szarością, zwyczajnością, która zdominowała jesienną kolekcję projektanta. Przyznam, że kilka razy zacierałam ręce z radości, bo Jacobs zrobił w pewnym sensie krok w tył. Oczywiście jest to kontynuacja jego pomysłu na modę, w tym w szczególności pewnej deklaracji, którą była jego kolekcja Wiosna 2009 (roboczo nazywam ją ciotkami-klotkami). Owe eklektyczne damulki w żakardach i kanotierach tej jesieni wyblakły, jakby z fotografii wypłowiała większość kolorów i zatarły się co bardziej wyraźne kształty. Ale ta dziwaczna persona moim zdaniem pozostała. A zacierałam ręce, bo mój zamszowy płaszczyk z szalonymi mankietami i kołnierzem z sierści lamy ma w sobie sporo z tego szalonego ducha. Od kilku tygodni moją obsesją modową numer jeden jest "Ostatnie tango w Paryżu". Te płaszcze muszą być (nie)świadomym cytatem z tego filmu! Dominują beże i szarości. Strój, który otwierał ten pokaz - szara trykotowa bluza i niezgrane spódnicospodnie zestawione ze skarpetkami oraz płaskimi butami z lekkim czubkiem - był szokująco antymodowy. Jakby Jacobs chciał powiedzieć coś w stylu: "Póki co, składam broń, wymyśliłem już tyle rzeczy, że może teraz obejrzę album ze starymi fotografiami"... A mnie najbardziej dręczy - dla jakich kobiet są te staropanieńskie płaszcze? Dla kogo te myszowate, zbyt długie spódnice? Dal kogo te szare skarpetki i męskie garnitury w kratkę? Ta kolekcja jest rażąco nienowoczesna. Ale może w tej nienowoczesności tkwi jej ponowoczesność? Tak mi się wydaje. Tym razem Dorotka wraca do Kansas bez czerwonych bucików i rozkosznego uśmiechu. TA bajka ma wyjątkowo szare, co nie znaczy bezbarwne, zakończenie. Muszę powiedzieć, że jest to chyba najbardziej aseksualna kolekcja Jacobsa w historii.



W kolekcji Marc by Marc Jacobs dużo dobrego starego Jacobsa! Bez szaleństw i nadmiernych ekstrawagancji. Są znane i typowe dla tego projektanta motywy: inspiracje odzieżą militarną (na wybiegi coraz częściej wracają spodnie bojówki!), mnóstwo khaki, grunge'owe swetry, paski (jak zwykle w czerwieni i granacie), krata, elementy dżinsu, troszkę grochów (tym razem jest to gra fakturami czerni). Powiedziałabym, że jest trochę nudnawo. Zaskakujące może te dwa akcenty białej koronki pod koniec. Po prostu jest to taki Jacobs jakiego ludzie chcą kupować! Alleluja:

6 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Jestem rozczarowana wielce.
Zamiast blogów dwóch mam jeden do delektowania się finezją, intelektem, klasą...
Powróć, o boska Wintydż, bo mam dość tych wszechstraszących cholernych rurek, pasiaków, skajowych kurcin i kultowych naszyjników, tudzież bluz z reserved.
Pięknej wiosny ci życzę. Wielu jedwabi i kaszmirów łaszących się do rąk. Pozdrawiam.
Jahoda

Anonimowy pisze...

A, zapomniałam, to byłam ja, ta z pewną dozą fundamentalnej wrażliwości.
Jacobs bardzo pozytywny w odbiorze jest, zwłaszcza ten porywisty płaszcz marengo 6 od tyłu.
Jahoda

peek-a-boo pisze...

"słonce spaliło ziemie na szara skorupę porytą rozpadlinami. Nawet trawa nie byla zielona, bo słonce wysuszyło jej źdźbła i wszędzie panowała monotonna szara barwa. Sciany domu były kiedyś kolorowe, ale słonce skruszyło farbę, a deszcz ją spłukał, więc dom był tak samo nudno szary jak wszystko dookoła. Gdy ciotka Emilia przyjechała tutaj była młodą, ładną kobietą. Jej oczy były niegdys błyszczace, ale słonce i wicher zabrały ich blask i zostawiły szarośc, jej policzki i wargi były kiedyś czerwone, ale teraz pobladły, bo słonce i wicher zabrały ich czerwien" L.F. Baum " Czarnoksięznik ze Szmaragdowego grodu, str 5, 6. Trzeba przynac,że Jjacobs doskonale to pokazał;). A ze brak czerwonych bucików? Przeciez w ksiazce Dorota ma srebrne, i wtakich wlasnie paradują modelki konczące pokaz. Który bardzo mi sie podoba i jako ilustracja do ksiazki i jako propozycja do noszenia. Kupuje wszystko oprócz spodni ;).

Kaka Bubu pisze...

Jahoda:
Mam nadzieję, że nie okażę się potworem, ale moja wiosna na pewno nie będzie kolorowa i wesoła ;-) Niestety, jest czasem taki czas w życiu, kiedy trzeba porzucić wszelkie nadzieje... A Wintydża nie będzie i niech mi nikt tu nic na ten temat nie wypisuję, bo się wnerwię :-) Ale pozdrawiam oczywiście etc.
Peek-a-boo: Dzięki, dzięki: wiedziałam, że coś tu jest na rzeczy. Dzwoniło mi, ale nie wiedziałam, w którym kościele. No a buciki były srebrne, to fakt - kiedyś nawet o tej bucikowej kontrowersji pisałam, gdyby nie fakt, że przez tych internetowych skurwieli (pardon za wyrażenie) muszę w kółko archiwizować różne blogi, to można by to było gdzieś w tym blogu znaleźć. Cóż... Coraz bardziej się przekonuję do tej kolekcji Jacobsa. Jest ona pewnego rodzaju gestem - gestem odrzucenia? Jednak wydaje mi się, że stanie się takim modowym klasykiem to, co on właśnie zrobił. Ale i tak umieram z ciekawości, jaką kartę wystawi w Paryżu. Oby nic z afro!

Anonimowy pisze...

Witaj. A propos archiwizowanych blogów, czy nie ma możliwości udostępnienia choć na chwilę poprzednich Metek? Przeczytałam ostatnio i Metki i Wintydż i narobiłam sobie apetytu. Lektura podziałała inspirująco, dostałam sporego motywacyjnego kopa w dziedzinach zupełnie innych niż moda. Wzruszyłam się czytając o kupionym w Polsce znaczku Kastylii, bo ja z serca pustynnej La Manchy nadaję. Pozdrawiam Ania T.

Mardou Fox pisze...

Możesz się wnerwić, ale ja i tak to napiszę: czekam na powrót wintydża. Mam nadzieję, że kiedyś to nastąpi, a tymczasem obserwuję bacznie metki. Uwielbiam czytać tego bloga i nie jest to wcale wazeliniarstwo. Pozdrawiam.