sobota, 10 stycznia 2009

Glitter with Chloe Sevigny.

W związku z faktem, że zapomniałam przegrać sobie z domowego komputera fotografii z filmów, o których miałam napisać w blogu (Le Mome i Piękność dnia), a bez nich nie mogę o nich napisać (nic o nas bez nas!), to dam dwa stare wpisy z bloga Metki, które mi się wydają wartościowe. A co! Stary blog jest w niebycie (nikt oprócz mnie nie ma do niego dostępu), żeby znowu jakaś psychiatryczna osobowość nie straszyła mnie sądami. Zatem: bardzo duuuuużo teraz może ktoś przeczyta.

Glitter in their eyes. (z 21.08.08)

Obiegowa nawet analiza zjawisk kultury popularnej może zapędzić nas na dziwne tory. Szczerze powiem, że mnie samej raczej nie podnieca śledzenie kolumn dotyczących gwiazd, obrazkowych historyjek, o tym w co ubierają się gwiazdy i wszelkich innych bajdurzeń o tego typu sprawach. Swoją orientację w temacie zawdzięczam tylko jakiejś umiejętności lateralnego myślenia, czy też zwykłej podzielności uwagi - bowiem jednak wiele z tych bzdurek, którymi zaczytuję się na kibelku lub w wannie pozostaje potem w moim mózgu. Interesują mnie inne zagadnienia - wiele osób zdziwiły już moje nagłe tyrady na temat myślenia sakralnego i krążących dookoła religijności sposobów wyrażania siebie, a szczególnie sposobów prezentacji własnej osoby w mediach. Po prostu, swoją drogą zaciekawia mnie tzw. obrzędowość. Jako człowiek rozsądny, nie mam zamiaru udawać, że nie dotyczy mnie religia katolicka - wychowałam się w Polsce, dyskurs religijności od zawsze towarzyszył mojemu życiu, jest on najbardziej dostępnym mi kodem semiotycznym. W takim też kontekście rozpatruję zagadnienie gwiazd i tzw. ikon stylu.

Wielce się ucieszyłam, że oto w sukurs przychodzi mi polska autorka, Katarzyna Krzan, która kilka miesięcy temu opublikowała książkę pt. "Ekstaza w wersji pop. Poszukiwania mistyczne w kulturze popularnej". Niestety, książka okazała się wielkim rozczarowaniem. Wydawało mi się, że rozjaśni ona pewne moje niejasne przeczucia i pomysły - wszak autorka pozornie rzetelnie zajęła się tematem! poświęciła mu całą książkę! - w moim przeświadczeniu, książka ta w sposób dość drobiazgowy mogłaby przeanalizować jakieś wybrane "dzieła" kultury popularnej, wykrystalizować choćby mdłe zarysy jakichś prądów i ogólniejszych zjawisk - pokrótce, powiedzieć czytelnikowi cokolwiek interesującego filozoficznie, estetycznie czy antropologicznie na temat zagadnienia mistyki i ekstazy w masowej rozrywce. Nic z tych rzeczy - jeśli też tego szukacie, nie marnujcie czasu na czytanie tego 200stronnicowego pustosłowia.

Autorka poszła następującym tropem: jeśli mam coś napisać o ekstazie w kulturze masowej, to najpierw muszę ab ovo wyłożyć, co to jest ekstaza i z czym się to je. Zatem zajmuje się tymi sprawami przez pierwszą połowę książki - sprawami czytelnikowi tej książki doskonale znanymi: bo któż z przeciętnie wykształconych ludzi nie wie, kto to św. Teresa z Avilli lub o czym jest Pieśń nad pieśniami?! Zupełnie zbędny i rozlazły wstęp prowadzi do rozważań o sub- i kontrkulturach lat 60tych, zmierzając docelowo do najistotniejszej, wedle autorki, sprawy na planie przepracowania idei ekstatyczności w kulturze pop, czyli tzw. Ery Wodnika. Cóż - książka przybiera nawet charakter pseudoataku na posthippisowski holistyczny model świata, a Krzan do znudzenia powtarza, że to wszystko jest kolejne starcie rozgrywki Kartezjusz/reszta świata. Niestety dla filozofa te rozważania są tyleż żenujące, co po prostu wykazują pewne charakterystyczne dla kulturoznawców braki w zakresie rzetelności myślenia stricte filozoficznego. Zresztą nikt od niej nie wymaga filozoficzności na jakichś niebotycznych rejestrach - po prostu wrażenie, jakie wynosi się z tej książki to to, że Kartezjusz jest jakimś niezwykłym piewcą i obrońcą racjonalizmu, a na drugim biegunie występuje Deleuze, wspominany ukradkowo, niczym brodaty krasnoludek ukrywający się za rozłożystym jałowcem. Hmmm. Postawmy sprawę jasno - jeśli w takiej książce ani razu nie pada nazwisko takich herosów domorosłej mistyki, jak Allen Ginsberg, Robert Pirsig, Edward Dorn, Derrida czy chociażby Stephena Hawkinga, nie ma tu ani wzmianki o Bataille'u, Bunuelu czy w ogóle żadnym innym reżyserze, który mistykę w swym kinie wykorzystuje w sposób troszkę bardziej wyrafinowany i mniej łopatologiczny niż Gibson w Pasji - no cóż - jeśli są tu takie oczywiste braki, to sprawa niewarta jest świeczki. Wydaje się, że niewiele brakuje do sukcesu - w najciekawszym rozdziale o Mistyce ciała autorka niemal dotyka już sedna, eksponując tradycyjne znaczenie technik ciała - nie wspomina jednak o podstawowych dla tego dyskursu książkach Foucaulta, ani nawet głębiej nie pochyla się nad tym skomplikowanym i atrakcyjnym badawczo problemem, aby choć jednym słowem zająknąć się o zjawisku tak ważnym dla kultury popularnej, jak ikoniczność.

Te braki są bolesne dla czytelnika, spragnionego jakichkolwiek głębszych refleksji na ten temat. Do braków per se dochodzi jeszcze en masse skrzywienie religijne autorki, które tym różni się od mojego, że moje nie ma nic wspólnego z religijnością wyznawaną, a u niej niestety chyba ma. Krótko mówiąc, pośmierduje tu kościółkowymi mądrościami a la tygodnik "Niedziela" i rzewnymi opowiastkami o śmierci papieża - no cóż, wolałabym przeczytać rygorystyczną i bezpretensjonalną analizę zjawiska medialnego ubóstwienia papieża niż zapewnienia, że nikt tak jak on nie zasługuje na świętość, bo ludzie pod bazyliką głośno krzyczeli "Santo, santo". Przychodzi mi na myśl tylko refleksja, że owszem - nie ma ludzi absolutnie obiektywnych i stojących poza polem sporu - ale na litość boską w pracy naukowej nie można się bardziej skompromitować niż eksponując swoje sentymenty religijne, jakie by one nie były. A chciałby się powiedzieć - tak wiele wspaniałych materiałów do rozwagi było, chociażby filmy Von Triera "Przełamując fale" czy Manderlay, religijna obsesja Violetty Villas czy choćby książki takie jak "Ojciec odchodzi" Piotra Czerskiego. Ale cóż - kolejna stracona szansa.

I tu następował błyskotliwy wpis o Chloe Sevigny, ale pierwszy raz w życiu pożarło mi tekst! Nie mam zamiaru pisać go od nowa chlip chlip chlip.

.....................................................................................

Średnio błyskotliwy wpis o Chloe Sevigny. (z 23.08.2008)

Mogę tylko powiedzieć - wczoraj to był wspaniały wpis! Aż kot zrezygnował i poszedł spać bez jedzenia, z takim zapałem waliłam w klawiaturę. Niestety - wszystko poszło w diabły. Spróbujmy przypomnieć sobie, o czym to miało być.

Najpierw napisałam coś a la recenzję z tej książki o ekstazie, a potem jednym sprytnym ruchem argumentacyjnym zadałam pytanie - dlaczego autorka nie pisze o tak nośnych tematach, jak ikoniczność. Czyż bowiem odbiór ekstatyczny par excellence nie przysługuje ikonie? Czy świadomość masowa, uobrazkowiona, nie karmi się ideą poświadczania obecności ikon, takich jak np. ikony mody. Nie mogę - tak mi się to wtedy okrąglutko ujęło, że teraz samą mnie śmieszy, jak to piszę.
Niektórych może zdziwić, dlaczego przy temacie tak błahym jak dupcie z gazet używać terminologii tak wzniosłej jak ikoniczość. No cóż - ten dyskurs sam się narzuca - w tych kolorowych gazetach wszem i wobec oznajmiają "oto mamy dla was ikony mody!" - zresztą, nie da się ukryć, że w takim myśleniu postsakralnym wszyscy jesteśmy uczniami Baudrillarda. Jego powtarzane ad nauseam pytanie "What are you doing after the orgy?" jest również pytaniem "What are you doing after your ecstatic shock?", co robicie po tej tabletce ekstazy? Nie da się również ukryć, że Baudrillardowskie nawiązanie do ikonolatrów oraz ikonoklastów w sposób formatywny podziałało na dyskurs o sztuce współczesnej, czymś, co się lekko starodawnie nazywa "sztuką nowych mediów". Sama bibliografia zagadnienia ikony jest tak bogata, że mogłaby wypełnić niejedno wielkie pomieszczenie, a klasyczne teksty na ten temat są ogólnie dostępne i nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek zainteresowany choćby w nikłym stopniu historią sztuki nie znał takich prac jak "Teologia ikony" Uspienskiego czy "Ikonostas" Florenskiego. Jak więc powiązać zagadkowe określenie "ikona mody" z klasycznym rozumieniem słów takich jak ikona czy ikoniczność? Nie odpowiem na to pytanie, ale chcę się nad tym zastanowić. (O tym chciałam czytać w książce o Ekstazie!)

Pisanie ikon to czynność obarczona rygorystycznymi nakazami dietetycznymi i stricte religijnymi. Technika ciała, technika estetyczna i technika modlitewna - to wszystko składa się na stworzenie obrazu o szczególnej semiozie - obrazu, który nie mieści się w ramach klasycznego modelu oznaczania, ale raczej wywraca ten model na nice. Czy ikona znaczy, czy oznacza? To dobre pytanie jak pisze Florenski ikona jest jak okno: bez światła okno jest tylko szybą i kawałkiem deski, tak samo ikona bez światła metafizycznego, bez "przeświecania", jest takim kawałkiem pomalowanej deski, w dodatku niedoskonałym malarsko - dwuwymiarowym. Florenski pisze: "Widzenie nie jest ikoną: jest rzeczywiste samo w sobie, natomiast ikona pokrywająca sie z konturami duchowego obrazu jest w naszej świadomości tym obrazem, a na zewnątrz, poza nim, bez niego, sama w sobie, w oderwaniu od niego nie jest ani obrazem, ani ikoną, lecz tylko deską". Klasyczny schemat znakowy w przypadku ikony jest niefunkcjonalny - nie odwołuje się ona w sposób arbitralny do jakiegoś stanu rzeczy czy przedmiotu (a tak działa nawet symbol, którego pole semiotyczne może być przecież dość dowolne - w odróżnieniu od sztywnie przyporządkowującej znaczenia alegorii), nie jest reprezentantem czegoś realnego, desygnatu - ikona jest obrazem wcielonym, nie oznacza czegoś realnego (jakkolwiek rozumiemy realność ontologiczną), jest samą tą realnością. Florenski używa tu niezwykle sugestywnej metaforyki, porównując modus operandi ikony do logiki snu, którą - jak pisze - rządzi "czas odwrócony" - styk snu i jawy to granica między tym, co widzialne i niewidzialne - uprzywilejowane miejsce, w którym uwidacznia się chiazmowy splot rzeczywistości i świata pozarzeczywistego. Ikona jest taką granicą - wkraczając w świat ikony (a jest ona przecież mikrokosmosem), wkraczamy w rejon transcendencji, a tym samym wykraczamy poza siebie: doznajemy ekstazy, mistycznego roz-poznania.

Tym, którzy nie czytali książki Florenskiego, można ją polecić przede wszystkim z uwagi na walory literackie - jest to po prostu piękna i pasjonująca lektura - głęboko pomyli się ten, kto węszy tu jakieś religijne bajania - Florenski pisze uczciwie i jasno, a co najważniejsze - nie popada w sentymentalizm. Zawsze jak wracam do Ikonostasu, czuję jakieś miłe zadowolenie, że ktoś o czymś tak skomplikowanym napisał tak dobrze teoretycznie - a do tego w swoich słowach zamknął jakiś blask i... zachwyt. Wielu rzeczy nie da się tak a vista streścić - np. używanego przez Florenskiego terminu "Praobrazu", który opisuje rzeczywistą treść ikony, percypowaną w kontemplacji - jeśli ktoś z czytelników mojego bloga miał w życiu do czynienia z pojęciem "praobrazu" czy "praformy" i próbował rzetelnie zdać sprawę z tych pojęć, ten wie zapewne, co to za dziwaczna ... nomen omen... materia :-) Ikona jest obrazem zaświadczającym, o największej mocy perswazyjnej. Florenski powtarza: "Jest Trójca Rublowa, a więc jest i Bóg":

Tylko obecność ikony gwarantuje kontakt z jej duchowym światłem - ikona pisana na kolanach, wedle ścisłych reguł nie podlega mechanicznej reprodukcji - to chyba najważniejsza różnica między ikoną w znaczeniu tradycyjnym a ikoną medialną, taką jak ikona mody. Czy jednak tak jest - czy close-up i high-definition, a przede wszystkim wszech obecność, nie zapewniają złudnie o tym charakterystycznym dla ikon wiecznym teraz? Czy to sprzężenie ontyczne, jakiego doświadcza się w obecności ikonostasu, nie dotyczy momentu utożsamienia się z ikoniczną gwiazdą - oto ikona mody, mogę nosić ubrania takie jak ona, mogę uzyskać jej kolor włosów, jej niepowtarzalny i bijący charakterystycznym światłem (glamour) styl? Ikona tradycyjna to płaski obraz o złotym, błyszczącym tle - nie ma tu cieni, nie należy powiem malować w realnym (hiperrealnym?) przedstawieniu tego, co nie istnieje. Złoto ikon, jak pisze Florenski, jest "bezprzedmiotowe" - złoto nie ma koloru, ma walor: jest kanałem światła. Spójrzmy na hollywoodzkie gwiazdy - ich twarze są radiant, glowing, bright - wszystko to możemy mieć dzięki Rimmelowi, który z reklam kusi twarzą Kate Moss - niczym półbóg, opromieniona Kate Moss nigdy się nie męczy (dzięki podkładowi, politurze), jej spojrzenie jest zawsze otwarte i pełne blasku, jej ciało wychudzone, w gruncie rzeczy - dwuwymiarowe. Nic tylko padać na kolana ;-) Mistyczne doświadczenie Rimmela to nasz codzienny ikonostas - nie wstydźmy się tego, przecież - jak głosi reklama - my też jesteśmy tego warte.

Ikona mody? O kim innym słyszę od kilku miesięcy, jeśli nie o Chloe Sevigny. Na początku skonfundowana lekko czytałam niedawny numer A4 poświęcony Nowemu Jorkowi. Tu uwaga poboczna - kocham A4 za doskonały angielski przekładów (naprawdę perełka na polskim rynku czasopism!), zdziwiło mnie natomiast, że podczas mojej ostatniej wizyty w Trafiku egzemplarzy A4 (magazynu było nie było ekskluzywnego!) leżało więcej niż prozaicznej Wyborczej - czyżby wyrósł nam pod bokiem naród znawców mody? W tymże numerze jest spory artykuł o rzeczonej ikonie Chloe Sevigny - autorka już na wstępie tyle razy nazwała amerykańską aktorkę "objawieniem", "ikoną stylu", "wyznaczniczką trendów i koneserką mody", że się zatrwożyłam - cóż, nawet w kibelkowej prasie do końca nie wyśledziłam tej osobniczki: czytam wprawdzie "taką" prasę, ale chyba z niewystarczającą atencją! Mogę się jednak przyznać do tej niewiedzy z podniesioną głową - otóż do niedawna nie miałam bladego pojęcia, kto to Chloe Sevigny. Teraz ikona zasypała mnie sobą po uszy.

Okazuje się, że Chloe to zwykła dziewczyna z Connecticut (w dodatku ma polskie korzenie) - ta 33letnia dziewoja o cielęcym spojrzeniu podbiła serca wszystkich i stała się ni z gruszki ni z pietruszki "królową stylu vintage". Może nie aż tak znikąd - nagle okazało się, że widziałam ją już w znakomitym moim zdaniem filmie American Psycho. Hmmm. Chloe jako 18latka zamieszkała samodzielnie na Brooklynie, gdzie stała się swoistą street-celebrity - od słowa do słowa stała się niszową modelką, a wkrótce aktorką. Zagrała w kontrowersyjnym filmie Dzieciaki z 1995 roku oraz nie mniej kontrowersyjnym filmie "Boys don't cry". Dziwne, ale ta mało znana aktorka (kto na ulicy odpowie mi, kto to jest Chloe Sevigny!) zagrała epizodyczne role u von Triera, Allena i Jarmuscha - nie dziwi zatem ani jej udział w kampanii reklamowej perfum Chloe (obok naszej fenomenalnej Anji Rubik!):

prawdziwą sławę medialną przyniosła Chloe kolaboracja z nowojorskim butikiem Opening Ceremony i jej kolekcja, w której aktorka oddać miała swój unikalny styl ubierania (oraz bezpretensjonalny sposób bycia):











Chloe nie jest klasyczną pięknością - jej raczej zwaliste (bo kobiece...) ciało (w porównaniu np. z tą całą Keirą Knightley), twarz pozbawiona wyrazu, brak ostentacyjnej seksualności - to wszystko nie są atuty klasycznej seks-bomby. Skromne, uczniowskie stroje - sukienki jakby wygrzebane z second-handu robią jednak furorę wśród odbiorców mody. To Chloe ma teraz upper hand w kwestii stylu - jest ikoną. Jako klasyczna ikona bije światłem i zdrowiem - jej twarz jest schludna, ozdobiona tylko czerwoną szminką, z lekko obrysowanymi oczami (grawiura hehe):

Na dodatek - może tylko motylkowe, babcine okulary (okulary z epoki glamour!):

Chloe szokuje, ale zachwyca. Prowokuje złym stylem - jej ubrania często nie pasują do zwykłych i przyjętych kanonów, wydają się celowo dziwaczne, jakby z lamusa - tanie i mało błyszczące:









Skoro Chloe jest ikoną mody, to co przez tę ikonę "prześwieca"? Dlaczego patrząc na wizerunki jej ciała, chcemy się wcielić właśnie w jej stroje, w jej image? Nie wiem. Może Chloe pokazuje nam, że pośród przesytu monstrów z silikonu, kobiet z powycinanymi żebrami, skorygowanymi nosami, wszczepionymi implantami, które "mają być piękne" istnieje jeszcze (jako ta metafizyczna superlatywa!) piękno zwyczajne, dwuwymiarowe, pozbawione 3D sztucznych cycków i sztucznego uśmiechu? Szyk Chloe to antypody tak ujętego piękna - jej skromność (przecież nie może być udawana!) i secondhandowy look mówią jakby - ty też możesz tak wyglądać - istota jest tutaj - te ubrania realnie istnieją również dla ciebie - możesz percypować w ich ens reale.

Hehe. Dziwnie to brzmi. Ale przykład (a może żywot przykładny?) Chloe Sevigny pokazuje: nie ma już dobrego gustu i złego gustu - gust dobry jest na tyle elastyczny, że wchłania w siebie (niczym czarna dziura) styl zły, ale nie tak zły, żeby być złym naprawdę. To bardzo subtelna dialektyka. To chyba najbardziej ekscytująca ekstaza współczesnego smaku. Na granicach jest najbezpieczniej - na rubieżach jest oaza komfortu - i przystań wielkiego szmalu. No i ten glitter. How much glitter adds to a Chloe Sevigny. Not too much - nie przesadzajmy z glitterem - glitter should be in the eyes... (of the beholder?). Gdzie jest ten glitter, bo nie wiem!:


....................................................................................

ps. Jakiś czas temu (ze dwa miesiące) czytałam w wannie świąteczny Magazyn HM, gdzie był spory artykuł o Chloe. W artykule, przetłumaczonym w sposób skandaliczny, znalazło się co najmniej kilka błędów merytorycznych. M.in. napisano tam, że Chloe zaprojektowała stroje na ceremonię otwarcia butiku z ciuchami w Nowym Jorku :-DDDDDD

Brak komentarzy: