środa, 14 stycznia 2009

You're absolutely fabulous, Luella!

Wszystkie kobiety powinny brać przykład z Luelli Bartley - w wieku 34 lat mieć własną firmę przynoszącą 9 milionów dolarów rocznie, trójkę dzieci z wybitnym fotografem mody (David Sims, dajmy na to...) oraz szczęśliwy domek gdzieś w Cornwalii. Aha, zapomniałabym - jeszcze w tym samym roku (2008) dostać nagrodę mody Elle oraz tytuł Designer of the Year, brytyjskiego Oskara Mody. Być jak Luella! Tego powinni uczyć w szkole. Być jak Luella, obecnie to znaczy - osiągnąć wielki sukces, jednocześnie pozostając kobietą w sensie dość tradycyjnym. Możemy o tym nie marzyć, ale przecież w końcu: wszystkie chyba o tym marzą (przepraszam, ale czytam ostatnio zbyt dużo Elfriede Jelinek!).

Pośród letnich pokazów to właśnie kolekcja Luelli (która w 2007 powróciła triumfalnie do rodzimej swej Anglii) jest zjawiskiem dość odosobnionym i cudownie wodewilowym. Moda przez wielkie M jest tu wzięta w nawias - raczej oglądamy paradę szalonych kolorów, dziwacznych krojów, najprawdziwszego i najczystszego kampu (jakby dyktowała jej Susan Sontag!). Przy tym Luella wcale nie sprawia wrażenia modowej wariatki - te stroje nie są dziwadłami szytymi jak popadnie, jak się igła wbija w materiał... są precyzyjne, przemyślane, piękne!

Image Hosted by ImageShack.us

Luella jest moją królową już od kilku sezonów. Nieważne, czy produkuje czarownice, pensjonarki w kujońskich okularach czy damulki w fioletach i pomarańczach - zawsze robi to z lekkością i taką dawką humoru, że ulegamy jej... i jest to bardzo zdrowa uległość. Mimo typowo miejskiego "cool", które ją charakteryzuje, Luella nie urodziła się w Londynie - pochodzi z szekspirowskiego Stratfordu. Po ukończeniu studiów na Central St. Martin's pracowała jako dziennikarka dla kilku brytyjskich gazet, w tym dla brytyjskiego wydania Vogue'a.

Image Hosted by ImageShack.us

W 1999 roku w domu basisty grupy Pulp pokazała swoją pierwszą kolekcję, pod charakterystycznym dla niej ironicznym tytułem: "Daddy, I want a pony!". W sezonie następnym pokazała kolekcję "Daddy, who are the Clash" podczas londyńskiego fashionweeka. Isn't that just the right way to go about things? Pokaz stał się legendarnym wydarzeniem towarzyskim, a estetyka rockowa na zawsze wpisała się w styl typowy dla Luella. Po trzeciej kolekcji, genialnie zatytułowanej "Dial F for Fluro", Luella wyjechała do Nowego Jorku i to właśnie tam zbudowała podwaliny swego modowego imperium. W historię modowych akcesoriów Luella wspisała się projektując serię torebek dla Mulberry (czym świetnie podreperowała budżet tej firmy...), w tym słynną i klasyczną już "Gisele bag", okrzykniętną "nową Birkin bag"):

Image Hosted by ImageShack.us


Dla vielu torebka ta stanowi kwintesencję stylu vintage - wygląda na troszkę zleżałą, trąci myszką, a jednocześnie jest zaskakująco nowoczesna. Czy tego zdania nie możemy użyć, aby opisać w ogóle styl Luelli Bartley? Dla mnie najfajniejszą i najciekawszą jej kolekcją jest wiosna 2008, w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Trochę jak spod ręki właśnie Chloe Sevigny - dziewczęcość, liberty prints, krótkie spódniczki i wesołe miny. A że jest to właśnie ta pierwsza po latach londyńska kolekcja, to chyba świetnie widać tu typowo angielski humor: groteskę, skłonność do przesady, przerysowania.

Image Hosted by ImageShack.us

Mnie oczywiście zachwyciły czarownice na obecny, kończący się sezon jesień 2008. Gdybym wygrała w totolotka, natychmiast kupiłabym sobie cały środkowy look - w ogóle to jest mój ideał ubrania, spałabym w tym, nigdy nie przebierając się w nic innego!!!

Image Hosted by ImageShack.us

A oto kilka przebitek z jej wcześniejszych kolekcji. Muszę powiedzieć, że Luella to chyba jedna z bardziej przyjaznych kobietom projektantek - po prostu jej stroje są do noszenia. Powiedziała kiedyś, że są to ciuchy, w których można upić się i paść na podłogę - i chyba takiej wygody potrzebujemy, przynajmniej ja potrzebuję!

Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us

Muszę przyznać, że posiadamy z siostrą jedną spódniczę Luelli, ale niestety chyba już w nią nie wchodzę :-000 Najwyższy czas trochę schudnąć, wykraść ją Annie z szafy, i jej trawiastą zielość połączyć z pomarańczem! Wiwat Luella!

1 komentarz:

agnes pisze...

też uwielbiam Luellę, wszystko zaczęło się od pewnej spódnicy kupionej kilka sezonów temu w Reserved na wyprzedaży, coś mi świtało w głowie że gdzieś podobną widziałam, potem znow się natknęłam na kolekcję którą gzdieś kojarzyłam i okazao się że to Luella :) przy okazji zobaczyłam inne jej kolekcje, od tamtej pory śledzę co tam słychać u Luelli :)