czwartek, 19 marca 2009

Travels to the Pepitko island.

Ciągle mi się przypomina ta horrendalna torba "w pepitko" z allegro. Już tu wróżyłam, że pepitka podbije serca wiosenne, a tu taka super okazja (Anlass) na potwierdzenie tego dziwacznego troszeczkę zjawiska. Pepitka to przecież motyw już dość jarmarczny. Dla mnie szczytem obciachu są w buty w pepitkę, łączone z fioletami. Choć przecież sama bym się tak chętnie ubrała - pepitka ma dziwną moc przyciągania. Ostatnio dużo przebywam poza Warszawą i moda, która tam występuje jest jak zimny prysznic. Jestem akurat osobą, której nie przeszkadzają zaciekawione spojrzenia, często lekkie zaszokowanie moim strojem. Może jest tak dlatego, że nie szokuję dekoltami czy długością spódniczek: raczej przechodnie biorą za podejrzane po prostu moje ubrania. W znakomitej większości ubrania albo szyte, albo znalezione albo z krótszych serii. Poza tym, ubieram się kolorowo - kolorów trzeba się nauczyć, trzeba też nauczyć się na nie patrzeć, rozpoznawać je jako "pasujące". Dzisiaj weszłam na 5 sekund do HM (nie moja wina, że stoi akurat w samym środku Marszałkowskiej!) - gdybym była skłonna iść na ustępstwa i nie miała możliwości szycia sobie ubrań na miarę lub pasji wyszukiwania ich, w całości ubrałabym się na wiosnę w kolekcję HM Trend. Jest po prostu cudowna - jedwabna sukienka o ciekawym kroju kosztuje już poniżej 200 złotych, cały strój razem z butami można skomponować za 400-500 złotych. Będziemy ultramodne, w bardzo pięknych pastelach, w jedwabiach, w modnych marmurkowych dżinsach. Tym ubraniom nawet nie brakuje charakteru. Są po prostu idealne pod każdym względem. Oprócz tego jednego - jest ich na wieszakach bardzo wiele i wszystkie w dziesiatkach sklepów HM w Polsce zostaną sprzedane z sukcesem. Kobieta o pewnym krytycznym spojrzeniu na modę nie może sobie pozwolić na ubranie się od stóp do głów w te stroje. To rodzaj obciachu. Już dawno dostrzegłam ten paradoks świetnej mody z sieciówek. Kolekcja Trend w HM, czyli najbardziej up-to-date, prawie dezajnerskie ubrania, są w tym sensie idiotyczne, że jest ich tak dużo. Byłoby ich mało, nie byłoby ich w tym sklepie. I z tej aporii nie ma wyjścia. Ktoś mi może argumentować, że można to różnie łączyć, zestawiać - ok, też mam kilotony ciuchów z HM, to najprostsze wyjście. Ale jest przecież coś parodystycznego w ubieraniu się właśnie tam. To jest mówj warszawski pogląd. A teraz przenoszę się do mniejszej miejscowości, dajmy na to Kielc. HMa brak - ma się otworzyć, ale dopiero w przyszłym roku. Zary brak, wszelkich innych Inditexów również - po prostu jest nędza. Oglądanie ludzi, przechodzących ulicą Sienkiewicza to prawdziwy koszmar. Akurat zachodzę tam do sklepu z jedwabiami - jeden z cudowniejszych sklepów, jakie znam - cały pełen najbardziej inspirujących i kosztownych tkanin! Wychodzę na deptak - jest szarość, ludzie ubrani są bardzo źle. Bazarowo, tandetnie, kilku nowobogackich w lepszych markach, ale jest to raczej manifestacja podskórnego - spójrz na nasze pieniądze! Broń boże nie chodzi o to, że mam coś do Kielc. Chodzi o to, że jeśli tylko wystawimy nos poza naszą cudowną stolicę i 3,4 inne miasta w naszym cudownym kraju, to sposób ubierania statystycznego człowieka jest straszliwy. Wprost bolesny. Bazarowe kozaczki z czubem. Brązy poliestrowych kurtek, duże przebrzmiałe guziki, bazarowe dżinsy i torebki. To nie jest zjawisko marginalne. To jest taka moda, jaką się tam również promuje. Jako namiętny czytelnik gazet, napatrzyłam się przez ten tydzień na tak potworne fotografie "mody" w gazetach typu Echo Dnia, że do teraz mam koszmary. I będę je długo śniła. Nie wiem, co zmieni otwarcie tam HMa czy Zary - po prostu potrzebna jest gruntowna przebudowa ludzkiego myślenia, żeby takie rzeczy zmienić. Nie ubieraj sie na bazarze! Wiele osób by mnie zapytało: to gdzie? myślisz, że mamy na to pieniądze? Wiem. Ale przecież można za niewielkie pieniądze ubierać się naprawdę dobrze, to nie jest trudne. Ten bazarowy szyk zakropiony tipsami, włosami na sianko, solarium i wygolonymi brwiami. A przecież często są to bardzo piękne kobiety. Ich ciała są cudowne. To, co z nimi robią, to koszmar. Dlaczego telewizja polska ze swojej cudownej misji nie zrobi w porze choć minimalnej oglądalności programu a la Trinny and Susannah? Ruszyła polska wersja Jak dobrze wyglądać nago. Super jest dział ze stanikami - może to zmusi producentów do szycia bielizny dla normalnych ludzi, którzy mają piersi i 70 cm pod biustem. Może ktoś wreszcie uświadomi Polkom, że burdelowy push-up to nie jest najlepsze rozwiazanie na ich złe samopoczucie i łysiejące libido ich facetów. OK - stylizacje w tym programie są zachowawcze, choć chłopak prowadzący jest fajny - ogólnie po pierwszym odcinku mogę powiedzieć, że promuje się tam fatalne wprost anty-trendy. Może zamiast do Marks and Spencer warto iść piętro wyżej do Topshopu? To już raczej kwestia sponsorów. Ale może choć odrobinkę drgnie, bo oglądanie kobiet na ulicy w Polsce (nie w Warszawie, choć i tu też często tak) jest totalnym koszmarem, którego by nie wyśnił laureat nagrody Nobla w kategorii złe sny. Blogi w Polsce w znakomitej większości są zachowawcze i mało inspirujące, choć bardzo różnią się od koszmaru ulicy. Nauczyć Polki się ubierać - oto prawdziwe zadania dla społecznika. Moja siostra na przykład ciągle mi powtarza - u nas jest tylko Rezerwat. Kto projektuje te ubrania? To koszmarki. Jakby do głów projektantów w ogóle nie przenikało to, że strój od dawna nie jest już garsonką i koszulą. Ostatnio byłam z miesiąc temu w Topshopie - tuż przed zamknięciem, przedtem niekończąca sie kolacja w HRC - nic mnie tak nie odpręża jak ich cudowne desery. W Tshopie dwie dziewczyny przelotem z Dworca Centralnego, ubrane fajnie, choć na pierwszy rzut oka za dość mało. Macają wszystko, chcą mierzyć, mówią do siebie: Zobacz, jakie te ubrania są nowoczesne, jakie inne! To cudowna reakcja. Brak negacji - nigdy tego nie założę. Raczej ciekawość - jak ja będę wyglądać w tych ubraniach z hochglanzów za 7,50. Wiem, że w Polsce marynarka za 300 złotych jest droga. Ale marynrarki w Rezerwacie są niewiele tańsze, jednak są beznadziejne. Staropanieńskie i złe. Nie jestem też maniakalną apologetką Topshopu, ale od jakichś 15 lat samodzielnie kupuję swoje ubrania i wiele już jako konsument widziałam. Wiem, że płaszcz szyty w Polsce przez polską firmę kosztuje tyle co całe ubranie w HM. Ale przecież na bazarze nie jest też tak znowu tanio. Biorąc pod uwagę jakość ubrań z bazaru, to jest tam naprawdę drogo. Nie wiem już sama - bredzę, bo muszę obudzić się o 5tej. Po prostu zawsze mam szok, gdy tylko wychylę nos poza Warszawę. Ot co. Moja siostra rwie włosy z głowy, czytając Ziomecką w Elle'u. Czy ta kobieta nie zauważa, że mieszkamy w Polsce, a nie w USA. OK - teraz to rozumiem, choć przedtem jej broniłam. Mnie ten papierkowy kosmoplityzm zawsze gra na wybraźni, a przecież wychowałam się na Ptysiu i chińskich brasoletkach/linijkach w zmienijace się kiczowate obrazki...

No więc - pepitko land. A więc mój McQueen. Ciekawe - ostatnio dzięki cudwonej inwencji Marka dostałam do przesłuchania świetną niemieckojęzyczną audycję radiową na temat pokaów mody i reporterów mody. Poza tym, że była naprawdę na super poziomie, to jeszcze był w niej miniwywiad z wybitną (o ile nie najwybitniejszą) krytyczną oraz kuratorką mody, Valerie Steele. Swoją drogą zamiast oglądać często dość bezwartościowe blogi i pisać tam idiotyczne lizusowskie komentarze "o jezu, jak pięknie razem wyglądanie - twoja sukienka z HMa i ty" - może warto czasem zajrzeć na jej stronę internetową i przeczytać tam chociaż jakieś zdanie na temat tego zjawiska, które - rzekomo - tak wiele osób fascynuje. Steele jest dość rozpoznawalną osobą, dla mnie głównie teoretyczką, autorką kilku ciekawych publikacji szczególnie z zakresu erotyki mody. Jej ostatnia książka o gotyku została całkiem dobrze przyjęta, w naszym barbarzyńskim kraju raczej nie będzie tłumaczona. Otóż Steele w tej audycji sugeruje, że dla mody w jej obecnym stanie bardziej znacząca była estetyka drag, a nie feminizm. Feminizm nie zmienił tak radykalnie oblicza mody jak przepracowanie kobiecości w maskaradach queer. Dla mnie to bardzo... seksowna teza. W ogóle bardzo śmiała i fajna. W sukurs natychmiast przyszedł mi McQueen. Kurde, nie spodziewałam się po nim czegoś takiego. Widać jednak, że jeszcze ma ten swój pazurek. Trochę mnie męczył przez ostatni sezon, ale teraz kompletnie dał popalić. Co zrobił McQueen? Wziął modowy fetysz (chyba ulubione słowo Steele) i wycisnął z niego wszystko, co się da. Po prostu szył wszystko z pepitek ;-0000 Do tego dołożył - szerkie, plastikowe usta gumowej lalki i wyszła mu kolekcja o niezłej sile rażenia. Co ciekawe - McQueen pozostał sobą -mistrzem kroju, autorem pewnego rodzaju kobiecych krojów. Zadał sobie tylko jedno ograniczenie - mam do dyspozycji jeden deseń... przełamię go tylko kilkoma deseniami innymi, ale równie wyrazistami, jakby takimi - instancjami inności.






a pepitkę ułożę nawet z piór:

zamienię ją w obsesyjno-kompulsywne wzory Eschera

a wielkim finnale będzie dom wariatów z ptasich piór:

oraz smolisty ptak (w którego wciela sie M. Frąckowiak)

Chciałoby się powiedzieć - ja piórkuję! Oto logika pepitkowa. Fetyszyzm uporządkowany jak u księgowego w kantorku. McQueen jest szalenie konsekwentny - jego opowieść o fetyszu jest ustrukturowana, nie musiałaby się spodować markizowi de Sade. Fetysz główny co rusz w polifonicznym głosie wpółbrzmi z fetyszami satelitarnymi: ot drobne gesty. Ot, kapelusze. Kapelusz to fetysz jak malowany.
fetysz kołpak plus fetysz ptasi pazur:

fetysz zakonnica/muflon/tekstura podomki/czarno-białe paski:

fetysz abażur plus fetysz czarny lateks:

fetysz śruba/ćwiek:

fetysz obroża, zamek, serce, stożek oraz superfetysz folia:

fetysz metal na szyi plus fetysz wałki i folia:

fetysz zakonnica:

fetysz parasol i fetysz symetria:

wspaniała gra fetyszem bondage:

Nie mogę tak cytować, bo tu wszystko wkleję! Już widzę, jak Valerie Steele zaciera ręce. Pokaz McQueena jest niewątpliwie wybitny pod względem metateoretycznym. To jest moda, która o sobie wie, że jest modą. Ale też wie, że jest antropologią, psychoanalizą, polityką fetyszu oraz sztuką. Brawo brawo - brawo! Niezrównany mistrz!

12 komentarzy:

janka zla od poranka pisze...

zgadzam sie prawie ze wszystkim co napisalas.
jednak nie uwazam ze ulice warszawy wolne sa od koszmarow. w koncu znaczna wiekszosc mieszkancow naszego miasta, to wciaz prowincjusze. u siebie w miescinie byli szarakami, ubranymi na targowisku, teraz w "wielkim miescie", realizuje ten mentalny bazarek po swoju. czesto nawet za duzo wieksza kase, bo sa stoleczni, bo zarobieni, bo ludzie patrza itd
mnie nie draznia osoby ubrane skromnie, bez fantazji. przykro sie na nich patrzy, ale nie przeszkadza mi to. takie pokolenie, nie zmienia tego nawet najbardziej podrasowane artykuly w poradnikach domowych. zwykli ludzie ! odkladaja na niedzielny obiad z supermarketu, na kolonie dla dzieciaka, na tele tydzien, na mieszczanski wystroj wnetrz, nie dotrze do takich, ze moga cos zrobic dla siebie, pobawic sie strojem, forma, cos ukryc lub zamanifestowac ubraniem itd
to co mnie pograza i doluje to mlodzi ludzi, dewastujacy swoja naturalnosc, urode, swiezosc. dziewczyny spalone na solarium, z perlowymi tipsami, w bialych rybaczkach, rozowych klapach z kowbojskim obcasem. robiace pasemka, skubiace brwi. przed wyjsciem na uczelnie - brzoskwiniowy podklad, niebieska kredka i blyszczyk z glamura. wlosy traktowane lakierem i prostownica. nie mowiac juz o ich podtatusialych od 20 roku zycia chlopakach, robacych sie od klasy maturalnej na prezesa z radomia. czarna koszula z polyskiem, spodnie w kancik, buty wloskie na klocku, najlepiej z zakreconym czubem. litosci. opalenizna, niezdrowa cera, tania perfuma...
wybacz te litanie potwornosci, ale gdy mysle o tym ogarnia mnie bojazn i drzenie. amen

minka pisze...

Rodowita grochowianka jestem;-) o dekadę starsza od Ciebie...kursuję dzień w dzień na trasie Grochów-Centrum-Włochy..i co? uwielbiam Grochów bo tam zwracają uwagę na moje "dziwaczne" stroje...zwracają uwagę pozytywnie, podziwiają za odwagę.. nie wiem jak to ująć.. w Centrum również jestem zauważana ale w sposób już mniej pozytywny , mam wrażenie,że chodzi o to że nie wyglądam jak chodząca reklama H&M, Zary... jak manekin z wystawy..choć mam masę ciuchów z sieciówek..druga masa to ciuchy szyte przez mamę, a trzecia to ciucholandy...więc tutaj mamy podobnie ;-)

upadła filipinka pisze...

hmmmm... w zasadzie masz rację, ale ja jestem mimo wszystko daleka od tego, żeby utożsamiać dobrze ubrany= ciekawe skąd ten ciuch. bo można dobrze wyglądać zarówno w ciuchach z hm, z zary, z topshop, z bazarku, z sh. i oczywiście można też wyglądać tragicznie źle, w ciuchach z tymi samymi metkami. w reserved też zdarzają się ciekawe rzeczy, a zestawione z czymś niebanalnym, innym, oryginalnym daje efekt. poza tym ciągle stoję na takim rozdrożu: z jednej strony wspaniale byłoby gdyby ludzie ubierali się modnie, oryginalnie itd., ale z drugiej: dlaczego nas tak to boli, że tak nie jest i czy mamy w ogóle prawo ingerować w prywatność ich ubioru? może nas to nie powinno interesować, może każdy ma prawo do tego, żeby wyglądać dobrze, ale też każdy ma prawo do tego, aby wyglądać źle ?

peek-a-boo pisze...

Oh, Kielce, to tylko stolica małomiasteczkowej brzydy, a nie mody, czegóz tu wymagac! zresztą bardziej niz ci strasznie ubrani mieszczanie naszych ulic i blogów, przerażają mnie ich straszne mieszkania. Zwłaszcza drżę, gdy zza młodych, dwudziestoletnich pleców wyłania się sofa skórzana made in Holland czy inny pupoprzylepny koszmar!
A tak z innej beczki, to nie zastanawiałaś się, żeby popisać blog ksiazkowy? Z przyjmnościa poczytałabym o Twoich lekturach, zwłaszcza ze probka Twojego modowego pisania daje nadzieję na bardziej intersujace wpisy niż te zapełniające typowe blogi "ksiązkowe". Jest duża szansa, ze ratowałabyś mnie przed czytaniem wpisów typu "zatonełam w tej ksiazce bez reszty", czy "ta lektura poruszyła me serce do głębi". Help!

Anonimowy pisze...

Może kieleckie bazary to obciach, ale poza modowej Siłaczki to obciach jeszcze większy.

Kaka Bubu pisze...

Dzieki za komentarze - nie bardzo mam czas na to odpisywać, bo zaraz jade do samochodu i... do kielc :-)

anonimowy - serio co za wisecrack, jesteś lepszy od oskhhhar wilde. dla mnie obciachem jest pisanie anonimowych komentów w necie - najlepszy znak, że ktoś nie ma nic lepszego do roboty. nie prezentuje pozy modowej silaczki, po prostu czasem wkurwiam się i potrzebuje to uzewnętrznić. nie podoba się - well, bardzo mnie to boli, serio.

solie pisze...

taa, nie dziwię się, że moje miasto tak na ciebie podzialalo. Od czasów Silaczek i Klerykowa niewiele się zmienilo. I to nie brak Zary czy H&M tu winien...
Duch jeno prowincjonalny.
No i u nas to na bazarach a nie na bazarze straszy najmocniej.

Anonimowy pisze...

Od razu uprzedzam, że nie jest to negatywny komentarz ;) Jak często jesteś w Kielcach i kiedy ostatni raz tu byłaś? Wydaje mi się, że brak H&M czy Zary nie jest ważny, nie róbmy z tego miasta wsi zabitej dechami. W końcu oprócz plantów czy bazarów są tu miejsca w których można się porządnie ubrać. Za każdym razem gdy wychodzę powiedzmy na Sienkiewicza widzę coraz lepiej ubrane osoby i coraz mniej tandety o której tu piszesz. Sama staram się ubierać inaczej i oryginalnie co jest trudne w każdym mieście naszego kraju ze względu na dziwne spojrzenia ludzi, ważne żeby sę tym nie przejmować i tyle.
pozdrawiam Ula

Anonimowy pisze...

kuchnia, juz prawie rok mieszkam w warszawie i nie moge sie oprzec wrazeniu ze to miasto cuchnie. nei wiem jak wygladaja kielce ale jak gorzej niz warszawa to to jest zgroza :).

ps. ja jestem inny anonimowy - niemniej ten serwis nie dopuszcza roznicowania anonimowych :P.

@janka zla...
swiat sie zmienia. lata 90te mamy juz za soba. niestety warszawa jakby wciaz byla w latach 90tych. dzis prowincja (a przynajmniej niektore jej zakatki) wydaja sie mniej prowincjonalne od "stolicy imperium". panta rei.

Anonimowy pisze...

pochodzę z warszawy, ale mieszkam w innym kraju, na tzw. zachodzie. zimą byłam w rodzinnym mieście i też musiałam się na 1 dzień służbowo do kielc zapuścić. podzielam twoje obserwacje, dokładne to samo chodziło mi po głowie, kiedy tam byłam. ale to nie tylko w polsce tak jest, że w wielkie miasto wielkim szykiem stoi, a małe bazarem. mieszkałam w 2 europejskich stolicach, a teraz w mieście wielkości kielc w małym, ale bogatym tajemnicą bankową kraju i różnice w sposobie ubierania czy stylizacji są analogiczne (ta sama solarka i włosy!!!). choć można nawet tu spokojnie torebkę prady nabyć, jak ktoś kasę ma, a hamów i zar ci nie brak dla mniej zamożnych. gorzej z second-handami. jest tylko jeden z dziecięcymi i droga humana. ciuchów na bazarach nie uświadczysz w ogóle.
w kielcach zrobiło mi się smutno, że tam tak szaro, a warszawka sobie życiem tętni, rozwija się i pewnie co ciekawsi ludzie w kielcach mają chęć się ze swojego miasta wynieść.
bywam w warszawie co kilka miesięcy i za każdym razem widzę tyle zmian, że aż nie wiem, na czym oko zawiesić. modowo bym powiedziała, że wcale nie gorsza warszawa od np. berlina albo wiednia ze swoim street-fashion. i nawet moi koledzy zagramaniczni mówią, że kobiety nasze piękniejsze, lepiej ubrane (ileż to razy widziałam w niemczech jakąś pannę mocnych kilogramów w krótkich szorcikach albo bardzo transparentnej białej kiecce z czerwonymi majtkami pod spodem...).

z drugiej strony ten bazarowy styl też ma jakiś swój niezapomniany urok. tak jak niezapomniany warszawski jarmark...ech, łezka się kręci, bo miasto straciło swoją największą atrakcję turystyczną...

pozdro!

Pani La Mome pisze...

Przeprowadziłam się z dużych czy mniejszych miast na wieś i zgadzam się z tym, że w małych miasteczkach królują bazarki. Bo wszyscy tak chodzą, bo ciuchy tanie, bo faceci lecą na wystające stringi z dawno niemodnych niskich biodrówek. Jednak byłabym niesprawiedliwa gdybym nie dodała, że zdarzają się perełki i czasami dech mi zapiera ubiór jakiejś osoby z małego miasteczka- może przez kontrast. Trochę podróżowałam i bazarek zdarza się też w wielkich miastach Europy. Wiesz, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że mieszkając na wsi już to mnie degraduje w oczach znawczyń mody (bo czy stamtąd może wyjść coś dobrego?). I te zachwyty na blogach nad HM lub Zarą (bo metki się nie krytykuje) są czasami po prostu nudne. Nieważne co, ale ważne że trendy i np. z Zary. Co do tipsów to się uśmiałam. Zajmuję się wizażem i dużo osób mnie molestuje bym zaczęła robić tipsy,a ja tego nie cierpię!!A tutaj to wyznacznik zadbania :(. A co do ubioru i szarzyzny, to szanuję to, że nie dla wszystkich moda jest czymś ważnym, ba najważniejszym. Raz byłam w Warszawie i wystarczy. Pozostanę w swojej prowincjonalnej szufladce :)))

Moda i Szyk pisze...

Nie zrzucajmy już winy na brak H&M czy topshop'u. Moda tkwi w psychice. Większość kobiet ma kompleksy, boi się ubrać "w kolor", bo obawia się reakcji środowiska. Biorąc np. takie Daleszyce (miasteczko oddalone od CK o 21km). Tam można dostrzec ogromne różnice miedzy społeczeństwem. Najprościej rzecz biorąc - zaścianek. Ubranie nerd powoduje tam jakiś skandal. Szczytem luksusu jest ubrani z Galerii Echo, gdzie, nie oszukując się, nie ma nic wartego uwagi. Na każdym kroku spotkasz dziewczynę w twedowym płaszczyku i czarnych botkach z "plant", uważających że to mega "fashion".Otóż nie. Często dostrzega się takie zjawisko: "wole kupić 10 bluzek na bazarach niż 1 w lepszym sklepie". Dobra, ale jakich bluzek.Tych szmat dostępnych na każdym kroku w Kielcach? Chyba nie o to chodzi.
Fajne ciuchy można kupić na Allegro albo ebay'u.
Tam można spotkać wiele fajnych ciuchów. ostatnio nawet widziałem fajne buty od balmaina. W prawdzie nie są to takie orginały jak na fashion week, ale jak na polskie realia to i tak dobrze. Co trzy miesiące jeżdże do stolicy na duże zakupy sezonowe, bo kieleckiej "mody" nie zniose