piątek, 13 lutego 2009

Once more: on photography.



To zwykły dzień dla świata, ale wielki dzień dla Katarzyny, bowiem weszła w posiadanie... nowego obiektywu. Ponieważ jestem osobą przesądną, odbiorę to małe śliczne cudeńko dopiero w poniedziałek. Ale już zacieram ręce. Od dawna pragnęłam tzw. stałki - stałka do Canona (50mm), którą można kupić w każdym sklepie za odpowiednią kwotę (ok. 400 zlotych) jest super, ma tylko jeden mankament: jest zrobiona z plastiku. Zdjęcia są jak z metalowej, ale przecież fakt tej plastikowości mógłby uwłaczać mojegmu kochanemu aparacikowi Made in Japan :D Kiedy zaczęłam badać sprawę (ja, laik) - okazało się, że mogę sobie spokojnie dokupić do kanonka obiektyw od zupełnie innego aparatu, tylko będzie mi potrzebny taki kawałek metalu, zwany adapterem. Taki adapter kosztuje nie więcej niż 40-100 złotych (w zależności do czego, chcę go przytwierdzić), a wtedy mogę przypinać do aparaciku wszystko, co sobie zamarzę. Ja postawiłam na Contaxa/Yashicę. Miała oczywiście na początku typ w postaci adaptera EOS->M42 (najpopularniejszy rodzaj bagnetu, najbardziej dostępny), ale po chwili wahania wróciłam do tego Contaxa. Otóż sprawa jest prosta - raz nawet (jak sobie teraz uświadamiam) widziałam aparat Contaxa, powiem wiecej - widziałam raz nawet ten aparat we własnym mieszkaniu. Posiadacz owego aparatu miał zapewne do niego jakieś obiektywy za miliardy złotych, ale jako że wtedy w dziedzinie aparatów byłam ciemna jak tabaka w rogu, nie wypróbowałam go sobie skrycie (damn!). Przynajmniej jakąś przyjemność miałabym z tej całej znajomości, no ale niestety - jak ktoś jest głupi, to tak ma. Słowem: chcę sobie kiedyś kupić też Contaxa (nie są już produkowane), a więc kupione teraz obiektywy będą czekać na nowy, wintydzowy aparat.

Dlaczego ja o tym piszę? Ponieważ nie każdy musi o tym wiedzieć. Są ludzie, którzy kupują zabawkowe aparaty za bardzo duże pieniądze, np. canony 450d. Dostają do tego aparaciku-zabawki obiektyw tzw. kitowy, który naprawdę jest kitowy. OK - ma jakiś tam szeroki kąt, ale jest bardzo ciemny. Ten obiektyw jest kompletnie bez sensu - od razu trzeba kupować nowy: a) jasny stałkę oraz b) teleobiektyw (np. żeby zrobić sobie lwa na kolumnie placu Św. Marka - coś dla tambylców jednym słowem...). No więc - taka osoba (ignorant jak ja), może sie teraz w blogu dowiedzieć, że może sobie do tego za bezcen kupić przejściówkę na M42, a wtedy to może sobie najróżniejsze Zeiss-Jeny podłączać i żyć jak król. Czy to nie jest wspaniałe??? Może ja jeszcze wielu rzeczy nie wiem, bowiem nie robiłam ani jednego zdjęcia z takim przypiętym maluszkiem, ale wydaje mi się, że to może być super opcja dla każdego, kto: a) nie śpi na pieniądzach (a przynajmniej ma tysiac innych wydatków), b) ma zacięcie do eksperymentowania ze starymi rzeczami, c) lubi robić zdjęcia (tzn. zauważyłam, że wiele osób kupuje sobie aparaty i robi nimi 200 zdjęć na miesiąc... czyli oni raczej nie lubią robić zdjęć).


Pewien pan napisał wspaniały przewodnik po obiektywach z gwintem M42, gdzie można znaleźć naprawdę genialną pomoc przy grzebaniu w różnych serwisach aukcyjnych. Powiem tak: na forach dotyczących fotografii, ludzie zamienią się w potworne istoty. Ten rąbek wiedzy, który posiadają, traktują dosyć ambiwalentnie: z jednej strony jako coś świętego i niedostępnego, z drugiej: jako nagą oczywistość, której nie zapoznał jeszcze tylko prawidziwy idiota. Gdy ktoś zada im zwykłe pytanie, zaczynają na wzajem obrzucać sie epitetami i brnąć w drobiazgowe spory. Pytający zazwyczaj popada w konfuzję oraz wrażenie, że ludzie są... dziwni. Jakże mało cenne wrażenie w dzisiejszym świecie. Nie umiem znaleźć innej paraleli: to tak jakbym ja, pytana zdawkowo przez kogoś, dlaczego w angielskim inaczej wymawia się słówko "as" w wyrażeniu "as soon", a inaczej w wyrażeniu "as you", wpadła we frenetyczne inwektywy, że ktoś nie rozumie, co to są alofony. Wiele osób nie rozumie, co to alofony; wiele osób nie rozumie, co to jest "jasny" obiektyw - ale przecież szukają one prostych odpowiedzi, a nie naukowych traktatów. To tak na marginesie.

A tak po prostu: warto oszczędzić te 200 złotych: za cenę stałki 50mm 1:8 canona, będziemy mieć: adapter oraz trzy stałki (28, 50, 135) do naszego aparatu. I to będą duże zmiany. Mój obecny obiektyw (od analogowego canona) ma przy ogniskowej 50mm janość 4,5. Nowy będzie miał 2. Czyli o ponad połowę mniej. See! Jedyny ważny mankament: nie będzie nam działał AF. Ale czy przy obiektywie o stałej ogniskowej jest on taki straszliwie ważny. Pewnie tak - dla osób, które fotografują obiekty w ruchu. W fotografii artystycznej możemy się skupić i ustawić ostrość samemu: przecież to chyba o ten aspekt własnej pracy chodzi w tak ujętej fotografii... I to mówię ja - osoba, która bez okularów nie widzi końca swojego nosa... Jest i na to recepta. Trzeba dokupić (wiem, ciągle trzeba coś dokupić - tak to już jest z lustrzankami!) tzw. dandelion (0k. 70 zeta). To jest taki półksiężyc z czipami, który przytwierdzamy do adaptera i wtedy mamy tzw. potwierdzenie ostrości. Czyli po prostu coś dla niedowidzących - aparat zrobi "piiiiiii" i już wiadomo, że mamy upragnioną (?!) ostrość - to ponoć ważne przy bardzo jasnych obiektywach. Nie wiem, nie sprawdzałam. Zauważyłam, że wiele osób ma prawdziwą obsesję na punkcie ostrości zdjęć - ja nie mam. Mój świat od niepamiętnych czasów jest nieostry, od zawsze mam wadę wzroku. Ostrość to dla mnie oboczność rzeczywistości, w gruncie rzeczy: nieistotna. Uwielbiam fotografie dawnych mistrzów, np. Doisneau - gdy patrzę na nie, ogarnia mnie wzruszenie. Nie są wcale ostre, wcale nie przypominają fotografii relamowej a la Vogue. Moja wiara w to, że dobre zdjęcie wymaga przede wszystkim dobrego oka (a nie dobrego obiektywu) jest niewruszona, zwłaszcza gdy patrzę na te czarno-białe zdjęcia. Fotografie Doisneau są przepiękne, jest w nich to, czego jako istoty nowoczesności dopatrzył się Baudelaire: ta migawkowa chwila, która dla ludzkiego oka jest wiecznym "jamais", a dla oka mechanicznej kamery jest wiecznym teraz. Spójrzcie na to zdjęcie - czyż nie ma w nim absolutnie wszystkiego, co wzbudza w naszych oczach łzy wzruszenia?  Jest bardzo ważne (dla mnie może dlatego, że odnajduję w rysach kobiety fragment własnej twarzy) - pokazuje istotę fotografii, w dwóch banalnych kolorach:



Mam nadzieję, że komuś ten post do czegoś się przyda - może ktoś teraz zapoluje na takie stałki (OK - strzelam sobie w piętę, bo będę polować sama). Może ktoś pójdzie obejrzeć gdzieś fotografie Doisneau. Ja jestem romantyczną osobą - nie dlatego, że lubię dostawać kwiatki, tylko dlatego, że celuję w rzeczy niemożliwe. Każdy w takich sytuacjach często ponosi klęskę, ale czy nie są to te piękne tragedie?! Nie chcę żyć białą sukienką i niespłaconymi kredytami, chcę żyć tym malutkim bukiecikiem konwalii w ręku pani, ubranej w męską tweedową marynarkę. Czego i państwowi czytelniczemu życzę. I tego osobliwego przeświadczenia: bez względu na to, co się teraz stanie - takie dwie osoby nie spotykają siebie przez przypadek.

2 komentarze:

Filip O. pisze...

Jeśli chodzi o fora internetowe: Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów - to za Lemem. Jeśli chodzi o bagnet Yashica/Contax - to wintydżowe są te Contaksy dlamierzowe (a nie lustrzanki) a trochę mniej ich radzieckie kopie - Kiewy. Ale prawdziwy i niepodważalny wintydż to oczwiście Rolleiflex dwuobiektywowy na srajtaśmę! Szukać w googlach pod frazą "rolleiflex tlr".

caiushia pisze...

fotografie Doisneau są rzeczywiście śliczne! sama należę do kompletnych foto-laików (zresztą jeśli Ty nazywasz się laikiem, to dla mnie chyba już nie ma określenia), ale za to przypomniało mi to przeczytaną anegdotkę:

World-class photographer Irving Penn's work was on show in an exhibition in New York.
Author Ernest Hemingway visited the show, and the two famous men met.
"Great pictures, Irving" said Hemingway, "What camera do you use ?"
"Great book you've just written" replied Irving . . ."What typewriter do you use ?"

:)